Po lekturze książki Richarda Dawkinsa "Bóg urojony".

 
Superinteligentny, superwpływowy, mimo wieku wciąż superprzystojny intelektualista i... takie rozczarowanie.
 
Książka miała być definitywnym rozprawieniem się z hipotezą Boga, ba nawet z myśleniem, że Bóga da się traktować jako hipotezę. Bo nie może skoro nie obejmują go (ani tezy Bóg istnieje) procedury badawcze stosowane w nauce.
 
Oczywiście autor podaje sporo przykładów absurdów religijnych, typu po co Bóg musiał umrzeć na krzyżu, żeby ten sam Bóg tyle, że jego stara wersja (i brodata) odpuściła grzechy światu. Jak mogła kobieta począć dziecko, urodzić je i pozostać dziewicą, jak dotknięcie kostki palca prawej dłoni człowieka uznanego za mającego wpływy u Boga, pomóz pozbyć się wzdęcia brzucha itp. Wszystko to jednak wygląda na walkę ze starą mitologią, że tak powiem, z malarstweem figuratywnym, gdyby przełożyć powyższe opowieści na bardziej abstrakcyjne sensy, dziewictwo jako cud, ofiara krzyża jako  wydarzenie zwrotne w historii świata, wierzący nadal pozostanie przy swoim.
 
I będzie miał się za inteligentnego człowieka.
 
Na aspekt duchowy religii Dawkins pozostaje kompletnie głuchy, ślepy, niewrażliwy, a szkoda, jeśli chce się walczyć z religią, trzeba najpierw zobaczyć na jakie potrzeby duchowe odpowiada.
 
Oczywiście, kiedy Dawkins pisze, że religie miłości zwykle zioną nienawiścią do innowierców, ma rację, fundamentalizm, terroryzm, inkwizycja i malaria to sprawki religii. Bez dwóch zdań. Tyle, że zarówno komunizm miał podstawy naukowe, przynajmniej w oczach niektórych jego wyznawców, a nazistowskie eksperymeny medyczne nie robiono w ramach ofiar religijnych przed Baalem albo Światowitem, lecz również w imię nauki. Dawkins zakwestionowałby oczywiście pretensje totalitaryzmów do naukowości, rozumiem go, bardzo miło wybierać sobie z koszyka przeszłości tylko dorodne, słodkie i smaczne jabłuszka, niestety znajdują się tam również zgniłe egzemplarze.
 
Co zgubiło Dawkinsa? Pasja polemisty i pamflecisty. Atakuje religie gdzie może, głównie emocjonalnymi argumentami, dokopuje klerowi, dokopuje fanatykom i zapomina, że przydałoby się wejść głębiej w materię, rzeczywiście mroczną i groźną.
 
Co gorsza nawet w dobrze sobie znanej strefie - neodarwinizmu - nie jest do końca przekonywujący, to znaczy mówi, że tylko Darwin ma rację i... i niewiele więcej. Jeśli istnienie Boga nie wyjaśnia powstania swiata, bo nie wiadomo skąd on sam się wziął, materializm również nie daje w tym względzie satysfakcjonującej teorii, bo skąd się wzięła materia przed Wielkim Wybuchem. Jeśli dobór naturalny wyjaśnia powstanie gatunków, co wyjaśnia powstanie tej zasady, jej rozumności, przypadek, konieczność, istnienie ducha?
 
Dawkins rozczarowuje, ale z drugiej strony żałosne, że trzeba Angola, aby mówić poważnie o ateizmie, inaczej jak tylko o owocu ludzkiej pychy i słabości w oczach Boga wybaczalnej choć świadczącej o żałosnej kondycji człowieka - jak zwykle sprawę przedstawiają księża i ich akolici. 
 
Panie Dawkins - Bóg z tobą.